czwartek, 28 lutego 2013

Czwarty?

Po kilku dniach zastoju, w końcu sukces!
Zbyt zajęta ogarnięciem nowego planu zajęć nie miałam okazji wrzucić niczego ciekawego. Zatem nadszedł czas zadośćuczynienia - oddaję w wasze ręce kolejny, ale zdecydowanie nie ostatni rozdział! Please, ENJOY :D


W nadchodzącym tygodniu pokoje zarezerwowały dwie grupy wycieczkowe, więc do tego czasu piętnaście pomieszczeń musiało zostać wysprzątanych. Kuchnia potrzebowała zaopatrzenia; korytarze pozbycia się kurzu; trawnik skoszenia; krzewy ogrodowe przycięcia; a dla odprężenia brama wjazdowa do posiadłości, odmalowania. Do samego wieczora wykonane zostało wszystko, za wyjątkiem bramy, gdyż Słońce, z dnia na dzień, szybciej chowało się za linię horyzontu, pozwalając coraz dłużej cieszyć się z upragnionego odpoczynku.
Ostatkiem sił dotarłam na górę, by móc uwielbieniem oddać się przyjemnościom jakie czekały na mnie tego wieczoru – owinięta w koc z gorąca herbatą dłoni, siedząc na balkonie i czytając klasykę horroru Stephena Kinga – było to najwspanialsze uwieńczenie jakże pracowitej doby.
Obudziło mnie gwałtowne szturchnięcie. Czyżbym zasnęła? Leżałam na podłodze, w pobliżu wyjścia na balkon. Obok głowy, leżał przesiąknięty herbatą egzemplarz „Lśnienia” z 1980 roku.
King zniszczony? Cóż za ogromna strata…
- Lucy. Lucy, słyszysz mnie? – kolejne szarpnięcie – Proszę obudź się. Co się stało? – spytał głos, kiedy już otworzyłam oczy.
- Nic specjalnego, naprawdę. Musiałam się dziś przepracować. To tyle. – Tak sądziłam, a przynajmniej w to chciałam wierzyć.
Głowa ciążyła mi okropnie. Czułam się jakby umysł podwoił swoją objętość, zapraszając uparcie na spotkanie z podłogą. Rana na czole pulsowała boleśnie. Po chwili jednak mrok przed oczami ustąpił, pozwalając mi dostrzec kim był mój wybawca.
Chłopak. Blondyn o niebieskich i głębokich jak morskie odmęty, oczach. Dobrze zbudowany, a jednocześnie zadziwiająco delikatny. Książę z bajki pojawił się w mojej wieży. Zaśmiałam się w głos.
- Dlaczego się śmiejesz? – nietutejszy mężczyzna z czystym zaciekawieniem obserwował moją dziwną reakcję.
- Ty nie jesteś prawdziwy. Pewnie śnisz mi się tylko, ale przyznam, iż jest to wyjątkowo przyjemny sen. – dotknęłam jego nagiego torsu, śmiejąc się coraz głośniej – Nawet mogę cię dotknąć, poczuć dotyk skóry. Wszystko wydaje się takie realne…
Poczułam się niezręcznie, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że spotkanie jest prawdziwe. Tymczasem młodzieniec nie przestawał wpatrywać się we mnie, sądząc po zaciętej minie, mógł sądzić iż majaczę. Tak, niespełna rozumu dziewczyna leżąca w ramionach nieznanego przystojniaka, który nie wiadomo skąd znalazł się w jej pokoju. Absurd.
- Mogę udowodnić twe błędne przekonanie.
- Jak chcesz…
Nie pozwalając dokończyć wypowiedzi, jego wilgotne usta połączyły się z moimi wargami w jedność. Ten krótki pocałunek pozwolił mi zobaczyć, jak bardzo się myliłam. Serce pomogło mi pozbyć się złudzeń – w rytm tysiąca dzwonów, bijących w moim wnętrzu wyzbyłam się złudzeń.
- Skoro jesteś tu naprawdę, to kim do cholery jesteś?! I co robisz cały nagi w mojej sypialni?! Zboczeniec!
Obcy jednak nie był całkowicie pozbawiony ubioru. Wykonana z dziwacznego tworzywa przepaska na biodrach, okrywała najbardziej intymne miejsca. Ale to było na tyle. Pozbawiony obuwia oraz wierzchniej odzieży eksponował pięknie wyrzeźbione ciało i nienaturalnie niebieski odcień skóry. Zadziwiła mnie, własna reakcja na cielesność włamywacza – nagle poczułam jakby temperatura otoczenia wzrosła; policzki paliły niemiłosiernie, a wnętrzności skurczyły się, przyprawiając o średnio przyjemny ból brzucha.
Zawahałam się. Miałam ochotę spoliczkować go, wyrzucić z pokoju, bądź w razie oporu zrzucić z balkonu pod pretekstem obrony własnej. Z drugiej strony miałam do niego wiele pytań. Dlaczego Matylda wpuściła obcego, nagiego mężczyznę do posiadłości, nie wspominając już o sypialni nastolatki? Skąd zna moje imię, chociaż nie znam go?
Zwykle stojąca przy łóżku lampa, błyskawicznie znalazła się w odpowiedniejszym, w danym momencie miejscu – w moich rękach. Dla bezpieczeństwa, tłumaczyłam sobie, by nie zechciał posunąć się do śmielszych czynów. Przez cały czas próbowałam uspokoić widocznie drżące ciało, nie mogłam pokazać jak bardzo się boję.
- Przybywam na twoje wezwanie.
Wzbierał we mnie histeryczny śmiech. Co takiego?! Chłopak najwyraźniej postradał zmysły, mówiąc tak absurdalne rzeczy.
- Chwileczkę. Zanim wymyślisz kolejne kłamstwo, wytłumacz mi jedno…
- Skąd wiem jakie nosisz imię oraz czy spotkaliśmy się kiedykolwiek? Obserwuję, cię już od dawna, jednak nie mogłem zjawić się tu z własnej woli. Czekałem na wezwanie, które musiało paść bezpośrednio z twych ust. Wczorajszej nocy takowe zostało wypowiedziane. – uśmiechnął się szczerze, jakby starając się przekazać swój entuzjazm, mojemu zdziwionemu obliczu. – Wprawdzie nie powiedziałaś tego na głos, jednakowoż twoje trzewia krzyczały donośniej niż usta byłby w stanie. Tak więc stoję, a raczej siedzę, tu dziś przed tobą i mam zamiar pomóc, w spełnieniu twego przeznaczenia.
Nieznajomy wstał, idąc w moim kierunku. Poczułam opór za plecami – chłód szyby przeszył mnie na wskroś. Droga ucieczki została odcięta, gdy mężczyzna zatrzymał się na środku pokoju, odgradzając swym ciałem klapę w podłodze.
- Nie zbliżaj się! Jesteś psychiczny! – lampą wycelowałam prosto w krocze mężczyzny – Na dodatek mnie śledzisz? Jak śmiesz zjawiać się tu, tak ubrany a na dodatek wymyślać tak niewiarygodne historie?
- Wszystko co mówię jest prawdą. Nie miałbym sumienia okłamywać cię w tak bezczelny sposób. Jeśli jednak nie przekonałem twej osoby dostatecznie byś nie obawiała się o swe życie, niech będzie. Jutro o wschodzie księżyca. Tam, gdzie wszystko znalazło swój początek, czekać będę na ciebie. Potem odpowiem na każde pytanie, które mi zadasz – wyciągnął w moją stronę otwartą dłoń. – Obiecuję. Jednak, potrzebuję twojej aprobaty. Zgadzasz się?
Aby na pewno to dobry pomysł? Mogłabym powiedzieć, że przyjdę i wezwać policję, by mogła go aresztować. Jednakże coś podpowiadało mi o czystości jego zamiarów. Jeśli oczy są zwierciadłem duszy i ukryty jest tam każdy zamiar człowieka, to patrząc w jego, nie dostrzegłam niczego złego. Dobro, szczerość i zaangażowanie były jedynym, co można było dostrzec poprzez spowijający przybysza woal uprzejmości.
Nasze dłonie połączyły się niepewnie. Szybkim ruchem przyciągnął mnie ku sobie. Wyszeptał serię niezrozumiałych, hipnotycznych słów owiewając moją twarz ciepłym oddechem.
Gdy chłopak otworzył balkon i chłód powietrza ochłodził atmosferę w pokoju, wyszedł nań odwróciwszy się plecami do barierki. Stojący na tle wzburzonego morza, jego ciało wręcz emanowało księżycową poświatą, a blond włosy rozwiała nocna bryza, wydawał się być jedynie wytworem mojej wyobraźni. Zbyt nierealny, zbyt idealny…
Pożegnał mnie samotnym słowem, które z trudem przebiwszy się przez huk morskiej toni, dotarło do swojego odbiorcy. Uśmiechnął się po raz ostatni tej nocy, gdy nagle…
Rzuciłam się ku miejscu, w którym widziałam go po raz ostatni. Skoczył. Obsydianowa czerń pochłonęła przybysza, wciągając w swoje zimne objęcia – jak cichy zabójca, bez najmniejszego śladu.
Nie bałam się o niego. Gdzieś tam, w najodleglejszej części serca, w miejscu, o którym istnieniu dotąd nie zdawałam sobie sprawy, zakiełkowała niespodziewana pewność, że wszystko będzie dobrze. Tam uśpiona wciąż, mieściła się nadzieja na lepszą przyszłość; wiara w przeznaczenie, a nawet prawdziwą miłość.
Z westchnieniem spojrzałam na horyzont, wyobrażając sobie jak mogłoby wyglądać jutro. Wszystkiego dowiem się za kilkanaście godzin.
Księżyc osiągnął swój zenit, powoli zmierzając na spotkanie swego odwiecznego kochanka, który już niedługo zawita na nieboskłonie. Najwyższa pora odpocząć.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Czy wiara w ludzi zanika?

Wiara w człowieka jako istotę współczującą, powoli zanika. Zewsząd jak dzwony, biją doniesienia o gwałtach, morderstwach, wykorzystywaniu, znęcaniu się nad dziećmi....
Długo by wyliczać, wszelkie uszczerbki fizyczne, a przede wszystkim emocjonalne i psychiczne na różnoraki sposób mogą być sprawiane. Bezlitośnie, bez skrupułów czy najmniejszych wyrzutów sumienia. Bestialsko.

Przenikliwy krzyk, rozdzierający atmosferę. Tak głośny, jednak zbyt cichy by ktokolwiek usłyszał. Przeplatany milczącym wrzaskiem; niemym wołaniem o pomoc. Niewysłuchana prośba, nie mogąca zostać spełnioną. Nigdy. Oczekiwanie na ratunek. I nadzieja, ale ona umiera jako ostatnia.

I podobna nadzieja uratowała mnie kilka dni temu. Spotkałam dwie, niesamowite osoby, które pozwoliły mi na nowo uwierzyć. Uwierzyć w innych, w bezinteresowność rodzaju ludzkiego.
Mały chłopczyk i starsza kobieta.
Usiedli na przeciwko mnie w pociągu. Podświadomie przeczuwałam, że nie będzie to zwykła droga do domu. I nie zawiodłam się.
Kacperek. Wyjątkowo ruchliwy, pięcioletni chłopiec. Jego opiekunka, wyglądająca na jego babcię - kobieta, której uśmiech rzadko schodził z ust, podczas naszej godzinnej znajomości.
Nic niezwykłego. Nic bardziej mylnego.
Dziecko miało autyzm nabyty. Rodzice bili maleństwo, znęcali się wyrządzając mu ogromną krzywdę. Z patologicznej rodziny został przeniesiony do szpitala. Jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, więc dziecko cierpiało na nadpobudliwość psychoruchową.
Nie mógł usiedzieć na miejscu. Gwałtowne czasem niekontrolowane ruchy, nie pozwalały mu usiedzieć w spokoju dłuższej chwili. Ludzie spoglądali na niego z ciekawością, zażenowaniem, bądź czystym współczuciem.
Nie to było jednak obiektem mojego zainteresowania. Była to fascynacja, widoczna w jego oczach, zachowaniu. Fascynacja otoczeniem, krajobrazem, samym faktem podróży, która rozpromieniała jego oblicze przez większość czasu.
To jednak starsza kobieta zdawała się być najbardziej zajmująca. Idąc w ślady córki postanowiła pójść za głosem serca; pod wpływem chwili zdecydowała się na adopcję autystycznego chłopca. Wyrzeczenia, trud i problemy jakie sprawiał wychowanek rekompensowane były przez najpiękniejsze uczucie, przez miłość. Czystą i jak najbardziej prawdziwą miłość, jaką czuć może dziecko do rodzica. Przybranego, lecz jedynego który potrafił pokochać.

Wzrok wyrażający tysiąc słów, emanował dobrocią. Widoczny był przez wszystkich, którzy tylko pragnęli zobaczyć. Dla wielu wydawali się być zwykłymi ludźmi z problemami. Jednakże wielu dostrzegło piękno, w tej dyskretnej demonstracji matczynych uczuć.

Po godzinie nadszedł czas pożegnania, aczkolwiek pozytywna energia, którą wypełnili moje serce pozostała do dziś. Z każdym dniem coraz głębiej zanurza się w miękką strukturę organu, by zostać zapamiętaną i dać szansę dobroci.


To serduszko dedykuje ludziom, którzy bez wahania oddają swoje serce potrzebującym. W zamian oczekując jedynie miłości...