Wiara w człowieka jako istotę współczującą, powoli zanika. Zewsząd jak dzwony, biją doniesienia o gwałtach, morderstwach, wykorzystywaniu, znęcaniu się nad dziećmi....
Długo by wyliczać, wszelkie uszczerbki fizyczne, a przede wszystkim emocjonalne i psychiczne na różnoraki sposób mogą być sprawiane. Bezlitośnie, bez skrupułów czy najmniejszych wyrzutów sumienia. Bestialsko.
Przenikliwy krzyk, rozdzierający atmosferę. Tak głośny, jednak zbyt cichy by ktokolwiek usłyszał. Przeplatany milczącym wrzaskiem; niemym wołaniem o pomoc. Niewysłuchana prośba, nie mogąca zostać spełnioną. Nigdy. Oczekiwanie na ratunek. I nadzieja, ale ona umiera jako ostatnia.
I podobna nadzieja uratowała mnie kilka dni temu. Spotkałam dwie, niesamowite osoby, które pozwoliły mi na nowo uwierzyć. Uwierzyć w innych, w bezinteresowność rodzaju ludzkiego.
Mały chłopczyk i starsza kobieta.
Usiedli na przeciwko mnie w pociągu. Podświadomie przeczuwałam, że nie będzie to zwykła droga do domu. I nie zawiodłam się.
Kacperek. Wyjątkowo ruchliwy, pięcioletni chłopiec. Jego opiekunka, wyglądająca na jego babcię - kobieta, której uśmiech rzadko schodził z ust, podczas naszej godzinnej znajomości.
Nic niezwykłego. Nic bardziej mylnego.
Dziecko miało autyzm nabyty. Rodzice bili maleństwo, znęcali się wyrządzając mu ogromną krzywdę. Z patologicznej rodziny został przeniesiony do szpitala. Jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, więc dziecko cierpiało na nadpobudliwość psychoruchową.
Nie mógł usiedzieć na miejscu. Gwałtowne czasem niekontrolowane ruchy, nie pozwalały mu usiedzieć w spokoju dłuższej chwili. Ludzie spoglądali na niego z ciekawością, zażenowaniem, bądź czystym współczuciem.
Nie to było jednak obiektem mojego zainteresowania. Była to fascynacja, widoczna w jego oczach, zachowaniu. Fascynacja otoczeniem, krajobrazem, samym faktem podróży, która rozpromieniała jego oblicze przez większość czasu.
To jednak starsza kobieta zdawała się być najbardziej zajmująca. Idąc w ślady córki postanowiła pójść za głosem serca; pod wpływem chwili zdecydowała się na adopcję autystycznego chłopca. Wyrzeczenia, trud i problemy jakie sprawiał wychowanek rekompensowane były przez najpiękniejsze uczucie, przez miłość. Czystą i jak najbardziej prawdziwą miłość, jaką czuć może dziecko do rodzica. Przybranego, lecz jedynego który potrafił pokochać.
Wzrok wyrażający tysiąc słów, emanował dobrocią. Widoczny był przez wszystkich, którzy tylko pragnęli zobaczyć. Dla wielu wydawali się być zwykłymi ludźmi z problemami. Jednakże wielu dostrzegło piękno, w tej dyskretnej demonstracji matczynych uczuć.
Po godzinie nadszedł czas pożegnania, aczkolwiek pozytywna energia, którą wypełnili moje serce pozostała do dziś. Z każdym dniem coraz głębiej zanurza się w miękką strukturę organu, by zostać zapamiętaną i dać szansę dobroci.
To serduszko dedykuje ludziom, którzy bez wahania oddają swoje serce potrzebującym. W zamian oczekując jedynie miłości...

Bardzo zwięzły jest Twój wpis. Nie dajesz się wciągnąć w słowa, bo momentalnie się kończą. Jechałaś pociągiem, było dziecko i starsza kobieta, dziecko blabla a kobieta adoptowała i pokochała. Może jakieś szczegóły Waszej rozmowy? Może połykam swój własny ogon, ale czy nie brakuje tutaj "cliffhangera"? ;) Pozdrawiam
OdpowiedzUsuń