czwartek, 13 lutego 2014

Czas doładować akumulatory!

Sesja zaliczona, ferie zaczęły mi się na dobre, a ja siedzę w domu ogarnięta całkowitą niechęcią. Do czegokolwiek. W żadnym wypadku nie jestem leniwa! Wyjątkowo intensywny, mijający miesiąc zmusił mnie do intelektualnego wysiłku co dziś, gdy jest już po wszystkim, odbija się na moim obecnym stanie. Zdecydowanie udało mi się z tego skorzystać, ale teraz... Czuje się wewnętrznie wypalona.
Brakuje mi motywacji.
Po cichu próbuję sobie wmówić, że ładuje baterie. Ale nie wiem ile w tym prawdy. Nawet moja inwencja twórcza utkwiła w bezruchu, czego nie chcę! Nie wiem, kiedy uda mi się ją przywrócić do życia, a reanimacja może trwać dłużej można się spodziewać.
Ale to tylko 10 dni. I aż. Zdążę zregenerować siły, jednocześnie pielęgnując w wyobraźni świat, który przeleję na wirtualny papier.

TYM razem dostarczam wam, moi drodzy, kilka wirtualnych stron, które po dłuższym czasie stagnacji sprawiły mi najwięcej przyjemności, podczas ich błyskawicznego pisania.

SZCZĘŚLIWYCH WALENTYNEK dla Zakochanych, którzy  dając sobie szansę każdego dnia, pielęgnują ten piękny kwiat zwany MIŁOŚCIĄ.

***

            Całkowita ciemność pochłonęła mnie po pierwszych metrach, gdy wczołgiwałam się wąskim tunelem do znajdującej się głębiej, wyrzeźbionej przez czas i wodę, jaskini. Naturalna sala była na tyle wysoka, by pozwolić mi się swobodnie poruszać, mimo to w najniższych miejscach czułam  strop muskający czubek głowy. Dla bezpieczeństwa zgięłam się w pół, przyspieszając kroku.
            Wyjście powinno znajdować się niedaleko. Na tyle blisko, by zdążyć wrócić do domu. Ale co wtedy? Gdy będzie na mnie czekał w hotelu, a ja oskarżę go o chore insynuacje? Kto mi uwierzy? Sama w to nie potrafię uwierzyć, dlaczego miałby ktokolwiek inny?
            „Cześć mamo, właśnie zatrudniłaś psychopatę, który nazywa mnie Księżycową Dziewką i twierdzi, że został przysłany na zlecenie Neptuna. Tak, mieszka tu niedaleko w Podwodnym Królestwie, może chciałabyś się tam ze mną wybrać za miesiąc?” Bardzo zabawne.
            Hain powinien się już ocknąć. I mam szczerą nadzieję, że wziął sobie do serca mojego kopniaka. Nigdy nie sądziłam, że obowiązkowe kursy samoobrony do czegoś się przydadzą. Dzisiejszy dzień dowiódł jak bardzo się myliłam.
            Szum fal zostawiłam daleko za sobą, pozwalając by ciemność i cisza zamknęły mnie w swoich objęciach. Oddalałam się od wody, a to był dobry znak. Moja wędrówka miał się niedługo zakończyć.
            Powoli przemierzanie wilgotnych głębin sprawiało mi coraz więcej trudności. Tunel z każdym metrem wspinał się coraz wyżej, a siły uchodziły ze mnie coraz szybciej. Na twarzy poczułam chłodny podmuch.
            Oparłam rękę o ścianę, by zaczerpnąć świeżego powietrza i jakież było moje zdziwienie, gdy mogłam ujrzeć swoje dłonie. Na końcu tunelu, światło sączyło się cicho z wyrwy, przez którą wydostanę się na zewnątrz. Po minucie, przyzwyczajone do jaskini oczy, przeszyła wręcz bolesna jasność. Bolesna, ale przyjemna.
            Rozciągnęłam się na chłodnej trawie, a otoczona gęstymi krzewami poczułam się nieco bezpieczniejsza niż bym tego pragnęła. I choć w oddali majaczyła latarnia morska, nie wiedziałam co w tej chwili począć.  Co zrobić z faktem, że pobiłam Haina i uciekłam zostawiając go na pastwę zgrai przybrzeżnych krabów? Zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia, lecz usilnie próbowałam przekonać samą siebie do słuszności tego uczynku. Może i jestem pacyfistką, ale umiejętność ratowania swojej egzystencji powinna być wystarczającym wytłumaczeniem, a w tamtym momencie czułam się zagrożona. Cóż, to nie zmienia faktu, że nie wiem co robić. Może dać mu dugą szansę?
            Tak, przeproszę go za kopniaka w twarz i pozbawienie go przytomności, bo myślałam że jest socjopatą. Wyśmieje mnie za to. Chociaż to ja powinnam zrobić to pierwsza, za to co powiedział.
            Wciągnęłam głośno powietrze do płuc, jak zawsze gdy chciałam oczyścić umysł, ale nie zdążyłam go wypuścić, gdy silne dłonie pociągnęły mnie w tył. Szarpałam się, próbowałam wyrwać, ale bez skutku. Na próżno wiłam się w stalowych objęciach, które wydawały się zaciskać z każdym ruchem. Jak on mnie znalazł?! Powinnam tu być bezpieczna, a on mnie śledził. Nie mógł! Przecież uważałam….
            Musiałam się poddać. Nie miałam siły dalej walczyć. Wyczerpana ucieczką, zostałam przygwożdżona przez silnego mężczyznę więc nie miałam najmniejszych szans ucieczki. Wtuliłam głowę w otaczającą mnie zieleń i zamknęła oczy czekając. Zdziwiła mnie reakcja mojego ciała na to oczekiwanie. Dlaczego się nie bałam? Czułam jak siedząc na mnie okrakiem, przyciska mi ramiona do ziemi. Więc co jest ze mną nie tak, że nie płaczę i nie błagam o wypuszczenie.
            Opowiadał mi niestworzone rzeczy, gonił mnie i zaatakował znienacka. A ja leżałam w bezruchu zastanawiając się co zrobiłam źle. Spowita przerażającym spokojem, nie mogłam tego pojąć. Gdy Hain przesunął dłonie w górę mojego ciała, zaciskając je na ramionach, zaraz ponad piersiami, poczułam dreszcze. Ale nic więcej.  
Nie obawiałam się o jego złe intencje. Nie walczyłam z jego dotykiem, a wręcz go pożądałam. Jego dotyk koił. Silny i gwałtowny ale jednocześnie delikatny i czuły, sprawiał że nie potrafiłam być na niego zła.
            Czułam ciężar jego wzroku. Słyszałam cichy i miarowy oddech jakby pogoń za mną nie sprawił mu żadnego wysiłku, aczkolwiek jego ciało promieniowało gorącem. Był zły, albo…
            - Otwórz oczy – zażądał.
            Słonce, schowało się centralnie za jego głowę, więc trudno było mi dostrzec jakiekolwiek emocje na jego twarzy. Dostrzegłam jedynie zaschniętą, krwawą smugę rysującą się na jego skroni.
            - Jak cie puszczę, to nie będziesz uciekać? Przysięgam, że nie zrobię ci krzywdy. Chcę wszystko wytłumaczyć. Wysłuchasz mnie?
            Wierzyłam, iż powiedział to szczerze. Kiwnęłam głową. Zgodziłam się, a on bez słowa puścił mnie, siadając naprzeciwko. Przez ułamek sekundy chciałam znów wstać i uciec, ale równie szybko przegnałam takową myśl. Jaki miałabym w tym pożytek? Tak, możliwe że się czegoś dowiem. Usłyszę całą jego opowieść by zdecydować z czym mam do czynienia. Z jakim człowiekiem związał mnie los.
            - Dobrze. Cieszę się, że nie krzyczałaś. Serce ci podpowiada, że nic złego z mojej strony cię nie spotka. Czyż nie? – nie czekając na odpowiedź, kontynuował – Rozumiem, że to co powiedziałem mogło się wydawać dziwaczne. Pewnie zastanawiasz się z jakim schorzeniem psychicznym masz do czynienia, a ja mogę odpowiedzieć jedno. Jestem całkowicie zdrowy, zatem wszystko co mówię nie jest wymysłem chorego. Nie usłyszałaś jeszcze całości. Prawdę mówić nie usłyszałaś jeszcze niczego. Dlatego proszę cie tylko o jedno. Wysłuchaj mnie, a potem osądzaj.
            - Masz jakieś dowody? Cokolwiek, co mogłoby potwierdzić twoje niebywałe słowa? – Wysłuchaj go, ale nie gódź się na więcej, podpowiadał mi umysł. Do niczego cię nie zmusi, a jeśli będzie naciskał, Misha cię obroni. Nie wierz Hainowi na słowo, kto wie skąd uciekł? – Nie zakładam z góry, że zmyślasz ale im bardziej nieprawdopodobne rzeczy mówisz tym mniej mam w nie ochotę wierzyć.
            - Mam dowód, ale najpierw mnie wysłuchasz.
            Cóż mi szkodzi posłuchać? Nic na tym nic na tym nie tracę, o prócz czasu oczywiście, ale do obiadu jest jego sporo.
            - Zamieniam się w słuch.
           

***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz